"Let's do some living after we die..."

Po tylu długich miesiącach milczenia z mej strony, właśnie wtedy, gdy na mej biednej, siwej głowie najwięcej do zrobienia, gdy niczym aligatorowi z "Piotrusia Pana", tyka mi w żołądku taki wielki budzik, odmierzający czas do kolejnego egzaminu...gdy naturalnie nic nie umiem, gdy znów wstaję o 7:45 i w kwadrans ubieram się, maluję, jem śniadanie, pakuję i wybiegam na tramwaj, dokańczając ubieranie w windzie, a kanapkę ze śniadania, w drodze na ten nieszczęsny przystanek...właśnie teraz, gdy w koło pluszowe serca i nagie amorki, gdy po raz ostatni w tak młodym wieku noszę na głowie kolor mądrości, przypomniały mi się te wszystkie maile, w których obiecałam jakiś powrót, albo jego namiastkę...

...i tak też wstając o godzinie 14.00 z drobnym hakiem, jednego z poprzednich dni...z uśmiechem a la mój wykładowca od historii sztuki antycznej, wpisujący mi w indeks 2.0, doszłam do wniosku, że tak, jak Wy tęsknicie za mną, tak ja tęsknię za Wami i chciałabym przypomnieć o swym irytującym w uroczy sposób stylem bycia...czytam Wasze maile, gdy jest mi smutno, a oglądanie zdjęć nowego, spasionego, rudego kota z wielką kitą o niezwykle historycznym imieniu - Pusiulek, nie pomaga.

Po raz ostatni mam siwe włosy nad czym gorzko zawodzę każdego dnia...no ale, jak to śpiewali Dziadkowie - "Let's do some living after we die". Jakieś życie po siwych włosach musi być...marne, bo marne, ale być musi.
Żywot wiodę równie niekonsekwentny, szalony i zabawny do łez, jak kiedyś...studiuję nadal to paskudztwo, co kiedyś i kocham to tak samo, jak kiedyś, z przerwami na chwile, takie właśnie jak ta, gdy patrzeć na to nie mogę, ale poddawać się nie zamierzam, bo egzystencja bez wiedzy na temat tego, jakie zmiany do gry w szachy wprowadzili Arabowie i czy Justynian II miał jakiegoś wenera, nie ma sensu, Moi Drodzy. Nie ma - dlatego właśnie, gdy już wypuszczą mnie z tego czyśćca, w którym pokutuję za wszystkie swe małżeństwa z czasów przedszkola i zostanę pełnoprawnym przewodnikiem turystycznym, to moje wycieczki będą bardziej cool od wszystkich w biurze...a od tych, które proponuje konkurencja, to już na pewno ;)
Co by tu jeszcze o sobie Wam powiedzieć, po takim czasie...o, spotykam się z bardzo grzecznym i uprzejmym chłopcem, który ma na ścianie w pokoju plakat pewnej chrześcijańskiej kapeli o nazwie Behemoth :D


Nie wiem, kiedy znów napiszę coś, co da się czytać, bo mój dzisiejszy bełkot jest poziomem przekazu niżej chyba nawet od twórczości samego mistrza Coelho, ale obiecuję powrót tego kalibru, co zmartwychwstania w "Modzie na sukces". Na pewno nie będzie to miało za wiele wspólnego z ciuchami, bo jako człowiek tonący w tłumaczeniach tekstów o wychowaniu fizycznym za czasów Peryklesa, tudzież dla odmiany - o przygodach małoletniego Cezara i piratów, częściej poginam w szarym dresiku, niż w "tee, wedges, faux fur and...", ale będzie niezłe - za kilkanaście dni wybieram się do Paryża, bo doszłam do wniosku, że nie mogę dalej żyć, nie mając zdjęcia w wielkim, włochatym berecie z antenką na tle wierzy Eiffla...no i jeszcze potrzebuję nowego magnesu na lodówkę do swej kolekcji. Tym razem chcę ze ślimakiem - w bercie naturalnie :D (a tak na serio - wybieram się pokontemplować sztukę starożytną w Luwrze). W każdym razie - nie wyobrażam sobie nie podzielić się ze światem mym zdjęciem w amarantowym, moherowym berecie z antenką na tle wieży Eiffla, dlatego możecie mieć pewność, iż w bliżej nieokreślonej przyszłości powrócę na dobre :D


A teraz - adios companeros, że tak pojadę po hiszpańsku - wchodzi w nawyk, jak się śpi o rzut burakiem cukrowym od iberyjskiego mózga...
Nim zostanę uduszona za swe gigantyczne spóźnienie, pozostawiam Was z zabójczą ilością zdjęć - bawcie się dobrze i do miłego, jak to się mówi :D




22


23


25


21


26


27


29


28


30


31


32


33


34


35